| Debiutanckie LP Psychollywood |
| Autor: Goliath |
|
Amerykański Rock’n’roll nie umarł! Ba! ma się zajebiście! Dowodem tego jest najnowszy krążek trójmiejskiego Psychollywood! Jedna z najbardziej oczekiwanych płyt na terenie naszej co raz barwniejszej metropolii już jest! Ale od początku. Zespół Psychollywood to chyba jedna z najbardziej pechowych grup północnej Polski. Gdy już wszystko wydaje się OK i zespół jest gotowy do podbicia całego kraju coś się chrzani i cofa grupę do najciemniejszych czeluści gdyńskiego undergroundu. Muzyka na świeżutkiej i pachnącej płytce była tworzona przez baaardzo długi czas. Już parę lat temu na scenach przeróżnych klubów można było usłyszeć kawałki, które wreszcie zostały zarejestrowane w naszym dyżurnym „punkcie nagrywania hałasu” – studiu Sounds Great Promotion. Kawałek Accelerated Dreams został wybrany na pierwszy utwór. Nie będę ukrywał, że długo zajęło mi opuszczenie tej kompozycji i przejście do kolejnych kawałków – ten numer, a konkretnie refren wbija się w umysł słuchacza i zdaje się rozpieprzać każdą komórkę mózgu z osobna. Bardzo charakterystyczne brzmienie połączone z jeszcze bardziej charakterystycznym wokalem sprawiają, że kompozycja ta przenosi nas w sam środek pustynnej krainy Jack’iem Daniels’em płynącej. Pozostajemy tam, aż do ostatniego utworu zastanawiając się, czy oby na pewno chłopaki nie pomylili się wpisując polski adres na tyłach okładki. Kolejne kawałki The Desert oraz Twilight Geisha sprawiają wrażenie, jakby zapraszały do zakupu ogromnego pick-up’a spalającego 50 l paliwa na setkę i wjechania nim w przydrożny bar. Taka jazda jest jednak przerwana kolejnym „Painted On My Skin” oraz instrumentalną wstawką w utworze „Before” z zamulającą gitarą w klimacie rodem z rejonów dolnego biegu Missisipi. Przerwa na krwistego steka nie trwa jednak długo i już od kawałka „Quantus Earthquake” rozpoczyna się powrót na „Road 66” w naszym paliwożernym pick-upie. Następne utwory „Black Fly” oraz kopiący dupę „Delovely Hypnotized” dolewają oliwy do ognia nie pozostawiając złudzeń, że to jedno z najlepszych wydawnictw trójmiejskiego rocka. Końcówka albumu trzyma klimat i potwierdza jedynie, że krążek jest bardzo spójny. Przedostatnia ballada „Gone” to chwilowe nawiązanie do wcześniej wspomnianej wstawki „Before” – właściwie razem te fragmenty mogły by stworzyć długą balladę „Before Gone”. Na prawdę zmuszając się do znalezienia haka na ten album zwróciłbym uwagę na jednolity i mało zróżnicowany styl śpiewania przez Davida. Konia z rzędem jednak temu, kto prosto w oczy powie mi, że nie jest to zajebisty wokal.
Album można nabyć w ROCKZ KLUBie (Gdynia ul. Warszwska 5) |

